JUŻ 6 MIESIĘCY ŻRĘ TRAWĘ!

Stało się! Właśnie pyknęło mi pół roku na weganizmie! I regret nothing!

KILKA SŁÓW O CIĘŻKICH POCZĄTKACH…

Mimo tego, że już wcześniej starałam się ograniczać pokarmy odzwierzęce, od prawie pół roku nie jadłam mięsa, odstawiłam też krowie mleko, jajka ograniczyłam do minimum, to wcale nie sprawiło to, że przejście na weganizm było proste jak bułka z… masłem. Mimo wszystko było mi ciężko – przede wszystkim przez konieczność rezygnacji z moich ulubionych słodyczy (bez i mleczka w tubce) i, chyba najbardziej, przez przymus czytania składów wszystkich produktów… Hesus, jak ja przeklinałam cholernych producentów, że do co drugiego produktu walą serwatkę albo białko jaja w proszku. Niech ich dunder świśnie!

…I CO NIECO O PRZYZWYCZAJENIU

Mniej więcej po dwóch miesiącach ogarnęłam już temat – wiedziałam, które produkty są wegańskie, a które nie, miałam już wykminione vegan friendly knajpy i wegańskie słodycze dostępne w pobliskich sklepach. Uf, przyzwyczajenie zrobiło swoje! Zaczęłam też ogarniać, jak roślinnie zagęścić zupę, czym posmarować kanapkę i – wow wow! – wreszcie odkryłam gdzie kupić wegański żółty ser do pizzy! No i poszło już z górki! Dziś już jest mi dość łatwo (choć z racji tego, że staram się unikać oleju palmowego, i tak nieraz psioczę, jak idę np. do Almy, a tam mimo półek zawalonych słodyczami – nic wegańskiego bez oleju palmowego, damn it!), ale i tak nie staram się wmówić nikomu, że w przejściu na weganizm nie ma nic trudnego. To mnie strasznie denerwowało, gdy byłam taką mocno początkującą weganką – pieprzenie, że co w tym trudnego. Nie dość, że samej mi było z tym trudno, to jeszcze mi ktoś dowalał, że jestem mięczakiem (oczywiście, nikt tego tak nie ujmował, ale dla mnie tak to właśnie brzmiało) – ekstra motywacja!

I CO JA Z TEGO MAM?

No mam na przykład czyste sumienie, bo na ile tylko się da, nie przyczyniam się do cierpienia i śmierci zwierzaków. To naprawdę dużo daje – to jest właśnie moja główna motywacja do weganizmu. I jak tylko mnie kusi, żeby sobie strzelić mleczko w tubce albo bezę czy co innego, co ma w składzie składniki odzwierzęce,bo przecież i tak nikt się nie dowie (Borze, przyznałam się, że nachodza mnie takie ciągoty, zaraz będzie vegan lincz, hehe), to zaraz mi się przypomina, z czym to się wiąże i mówię sobie “thanks but no thanks”.
Poza czystym sumieniem kolejna korzyść to odstawienie ogromnej ilości leków. Ma to powiązanie z weganizmem duże, bo jak wiadomo, leki się na zwierzakach testuje, poza tym nieraz zawierają również składniki odzwierzęce, więc ja po prostu nie chcę tego kupować. Chcąc nie chcąc przestawiłam się na leczenie naturalne i myślę, że wyszło mi to tylko na zdrowie. Wcześniej brałam dość dużo lekarstw, bo na byle przeziębienie lekarze zapisywali mi antybiotyki, które przecież wyjaławiają organizm, a na moje dolegliwości związane z wadą kręgosłupa żarłam Ketonal (miałam zalecenia, żeby ćwiczyć, ale pewnie, że mi się nie chciało – łatwiej się nażreć prochów). Zresztą nie tylko na bóle pleców (starość nie radość!) żarłam ten Ketonal, ale i na bóle miesiączkowe, które dosłownie utrudniały mi życie – pierwsze dwa dni okresu nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Na diecie wegańskiej dość mi się to unormowało – owszem, bóle dalej są, ale znacznie się osłabiły i są do przeżycia, a na pewno nie utrudniają życia.
Wydaje mi się, że przejście na żywienie roślinne poprawiło co nieco w moim wyglądzie – przede wszystkim polepszyła mi się cera. Myślę, że teraz śmiało mogę powiedzieć, że mam cerę raczej normalną, podczas, gdy wcześniej miałam mieszaną – mocno mi się przetłuszczała w strefie T, a przesuszała na policzkach i brodzie. Wciąż nie jest to buzia gładziutka jak pupcuia niemowlaczka, ale od dawien dawna nie używam już podkładów i korektora (no dobra, na cienie pod oczami jeszcze używam!) i wyobraźcie sobie, że nikt z krzykiem na mój widok nie ucieka. Ba, w ogóle nikt nie ucieka, nawet i bez krzyku!
Kolejna korzyść z weganizmu to poznanie fajnych roślinożernych ludzi! Musicie bowiem wiedzieć, jeśli jeszcze nie wiecie, że od niedawna działam w Otwartych Klatkach (o właśnie, to jest kolejna korzyść z tego mojego roślinożerstwa – to, że zaangażowałam się w aktywizm, a przecież jak to Krzysio Ibisz śpiewał – pomaganie jest trendy!), a tam przecież same takie dziwadła, co bez mięsa, mleka i jajek żyją! I w końcu jest z kim podzielić koszty przesyłki w Evergreen i z kim pobajdurzyć o wegańskich kosmetykach bez głupich pytań w stylu “ale jak to? przecież kosmetyków się nie je, to po co mają być wegańskie?”.
Dość bezpośrednim plusem związanym z przejściem na weganizm, ale takim plusem trochę samolubnym, jest to, że… znalazłam swoją blogową niszę i temat, który jest chyba niewyczerpany, a o którym mogę pisać i pisać. Blogów wegańskich wciąż jednak nie jest wiele, a temat jest raczej kontrowersyjny, więc przyciąga i staty rosną! Nie dość więc, że piszę o czymś, na co mam mega zajawkę, to jeszcze przyciągam tym wielu wielu czytelników! No mówię Wam – nic tylko przechodzić na weganizm!
Niestety, prócz szeregu plusów, zauważyłam też minusy… Jedynie dwa, właściwie bez większego znaczenia wobec cierpienia zwierząt, ale chcę być uczciwa, a nie tylko słodzić. Te minusy to:
– poluzowanie więzów rodzinnych – wcześniej zawsze jeździłam do domu na święta, żeby się obeżreć pyszności, a teraz jeżdżę tam naprawdę raz na ruski rok, bo się po prostu obawiam, że nie będę miała, co jeść, a nie chce mi się brać ze sobą żarcia… Na święta, oczywiście, też nie pojechałam w odwiedziny. W ogóle w ciągu tego półrocza byłam u rodziców może raz czy dwa, a że właśnie przy okazji odwiedzin u rodziców (mieszkają w innym mieście niż ja) spotykam się zazwyczaj też z babcią, ulubioną ciotką i małymi kuzynami, to i z nimi mi się kontakt rozluźnił.
– niechęć do przyznawania się do weganizmu – jeśli ktoś jeszcze nie wie, że jestem roślinożercą, to często unikam jak mogę tego tematu, bo… mam już serdecznie dość powtarzania w kółko tych samych odpowiedzi na te same pytania. Gdyby to jeszcze wynikało z prawdziwego zainteresowania tematem i posiadania otwartego umysłu, to byłoby super, ale zazwyczaj ludzie traktują to jako ciekawostkę przyrodniczą, coś jak kobietę z brodą czy cielaka z dwiema głowami, a ja naprawdę nie mam ochoty robić za małpkę w cyrku.

UWAGA, WEGANIZM JEST ZARAŹLIWY!

To ledwie pół roku, a ja mam na sumieniu już dwoje wegan! Przynajmniej o dwójce wiem, może jest ich więcej… Jedna z tych osób co prawda nie jest na weganizmie w 100%, bo jak ktoś ją poczęstuje, to nie patrzy, czy to z jajkami, mlekiem czy z czym tam jeszcze, ale sama już kupuje i gotuje wegańsko, a do niedawna była super mięsożercą, co to bez mięcha nie wyobraża sobie obiadu i ma mega bekę nawet z wegetarian, a co dopiero z wegan! Poza tym jedna z moim bliskich koleżanek wkręca się w wegańskie pichcenie i co jakiś czas z dumą ogłasza mi, że zrobiła jakąś fajną wegańską pastę do chleba, czipsy z jarmużu albo, że kupiła tofurnik i udało jej się nabrać narzeczonego, że to normalny sernik! Może i nadal jest wszystkożercą, ale przecież od małych zmian się wszystko zaczyna, a i takie małe zmiany dla zwierząt mają duże znaczenie!

I NA KONIEC – WEGANIZM NA MOIM BLOGU

Jest go dużo dużo, zarówno moich przemyśleń, przepisów jak i polecanych produktów czy – jak ostatnio – miejsc, i będzie pewnie jeszcze więcej (cholerna męcząca wegańska propaganda!!!). Możecie sprawdzić je wszystkie klikając w kategorię “weganizm” w bocznej szpalcie bloga, ale na sam koniec, jako zwieńczenie tego wpisu, chcę Wam przypomnieć te najpopularniejsze i te moje ulubione:

WE CAN DO IT GO VEGAN

[źródło grafiki]