CZY WARTO ZAMIESZKAĆ NA SYCYLII I DLACZEGO NIE?

przeprowadzka do Palermo - za i przeciw

O tym, dlaczego na Sycylii NIE WARTO mieszkać, choć miejsce jest naprawdę piękne. Moje subiektywne wrażenia po 5-ciu miesiącach życia w Palermo.

Kilkakrotnie powtarzałam już, że Sycylia to miejsce na wakacje, ale nie do codziennego życia. Dziś postanowiłam rozwinąć temat, ponieważ co i rusz dostaję pytania, dlaczego tak uważam. Cóż, oglądając moje zdjęcia z rajskiego zakątka, w jakim mieszkałam, mogliście odnieść wrażenie, że nic więcej do szczęścia nie potrzeba… No i muszę oddać Palermo, a właściwie jego zadupiastej kurortowej części, Mondello, sprawiedliwość:

  • miejsce jest przepiękne,
  • jest co robić, jak człowiek lubi być aktywny – w lecie można kąpać się w morzu (albo biegać wzdłuż jego brzegu, jak to ja robiłam już pod koniec mojego pobytu), surfować, a cały rok jeździć na rowerze czy chodzić po górach, bo są one na wyciągnięcie ręki,
  • ludzie są wyluzowani i otwarci,
  • a sycylijskie pomidory przepyszne.

Niestety, to są warunki na wakacje, ale nie wystarczają do codziennego życia. I teraz Wam opowiem, co na dłuższą metę zaczęło mi przeszkadzać i utrudniać życie…

1. NIE MA POŚPIECHU, NIGDY.

Fajnie, że Sycylijczycy są wyluzowani i nigdzie im się nie spieszy, nie spinają się, nie pędzą, a o 10 rano w środku tygodnia kawiarnie są pełne ludzi (co do których zastanawiasz się, czy oni nie pracują czy to naród freelancerów, hehe), ALE kiedy potrzebujesz coś załatwić na wczoraj, a czekasz na to kilka tygodni, to już przestaje być fajne. I tak my tydzień byliśmy pozbawieni ciepłej wody, a miesiąc (!!!) – internetu. Bo nikomu się nie spieszyło. Z internetem nie spieszyło się na tyle, że nawet mimo umawiania się nikt do nas nie przychodził. Finalnie byliśmy zmuszeni przez to do zmiany dostawcy internetu!

Wiecie, gdyby jeszcze ten internet nie był nam potrzebny do pracy, a tylko do rozrywek, to jeszcze można by to potraktować jako fajny miesięczny detoks… Tylko że wszyscy – i ja, i Kajtek, i współlokatorzy – potrzebowaliśmy internetu do pracy, to nasze podstawowe źródło zarobku.

2. ANGIELSKI? ZAPOMNIJ!

Sycylijczycy w ogóle nie mówią po angielsku, przez co bardzo trudno się dogadać i utrudnia to życia w niespodziewanym momentach. Łamanym podstawowym włoskim od biedy dogadasz się w knajpie, szybko też uczysz się słówek do czytania składów produktów, ale ciężej robi się, kiedy musisz pójść do lekarza czy ze zwierzęciem do weterynarza albo zadzwonić do jakiegoś fachowca, bo coś się zepsuło (u nas ten nieszczęsny internet, bojler i jeszcze do tego lodówka, którą współlokator zalał).

Mieliśmy to szczęście, że mieliśmy znajomego Włocha, który nam w takich sprawach pomagał (bez niego nawet byśmy nie wynajęli domu, bo na nasze wiadomości po angielsku w sprawie wynajmu nikt nie odpowiadał), ale też nie można go było eksploatować non stop, cholera.

Aha, i nie wierzcie w bajki, że samym machaniem rękami się można z Sycylijczykami dogadać ;)

3. GŁOŚNE ZACHOWANIE

Na początku byłam zachwycona, że tubylcy są tak ekspresyjni, że w miejscach publicznych (zwłaszcza w restauracjach) gadają głośno, krzyczą, śmieją się i w ogóle się nie przejmują, że mogą komuś przeszkadzać. Hej, mam podobnie! Wreszcie poczułam się wśród swoich i wreszcie Kajtek mnie nie uciszał (no co, ja już mam donośny głos, i co poradzę!). Do czasu. W końcu ta ich wieczna głośność zaczęła być uciążliwa.

Do tego Sycylijczycy nie są głośni tylko podczas rozmowy, ale ogólnie… Na przykład standardem jest to, że jeżdżąc samochodem, puszczają muzykę na fulla i otwierają okno, żeby cała okolica mogła nacieszyć uszy tą kakofonią. Nieważne, czy to środek dnia, blady świt czy noc, z auta muzyka musi lecieć na całą parą, inaczej się nie liczy!

4. SJESTA WCALE NIE JEST TAKA FAJNA

Może jak pracujesz na etacie, to tak… Ale gdy jesteś freelancerem i w porze obiadowej chcesz zjeść obiad na mieście, to od razu sjesta staje się wrzodem na dupie. Niestety, posiłek w stylu obiadu zjesz dopiero od 19, wcześniej knajpy są zamknięte, a rano do południa jak są otwarte to możesz zjeść śniadanie albo jakąś małą przekąskę.

5. BEZ SAMOCHODU ANI RUSZ

W mieście jest… cóż, jak to w mieście – brudno i głośno. Naprawdę pięknie jest na zadupiu. A na zadupiu, jak to na zadupiu, albo nie ma sklepów, albo są cholernie drogie, na tyle, że nie ma opcji, by robić tak regularne codzienne zakupy. Tak że bez samochodu (ewentualnie roweru) ani rusz. Może to i sprzyja planowaniu zakupów, oszczędności i niemarnowaniu jedzenia, ale… cholera, nie zawsze człowiek ma ochotę na całą wyprawę po zakupy. Czasem chciałby wyjść z domu, skręcić za róg i zaopatrzyć się we wszystko, czego potrzebuje.

6. KOMUNIKACJA MIEJSCA TO DRAMAT

O właśnie, można przecież jeszcze podjechać autobusem miejskim, prawda? Cóż, teoretycznie tak. Ale komunikacja miejsca w Palermo zasługiwałaby na osobny wpis tutaj. W skrócie powiem tak:
autobusy są tak stare i w tak opłakanym zazwyczaj stanie, że człowiek się boi, że się rozlecą podczas jazdy (naprawdę nieraz różne części luzem dyndają) albo że się zaczadzi od smrodu spalin,
– nigdy nie masz pewności, że twój autobus przyjedzie (albo że przyjedzie kolejny albo jeszcze następny) – zdarza się, że czekasz godzinę i przejeżdżają wszystkie inne autobusy, tylko nie twój. A jak mieszkasz na zadupiu, to te autobusy to twoja jedyna szansa na wydostanie się z niego. Mój przyjaciel przez taką godzinę luzu w kursowaniu autobusów ledwo zdążył na lotnisko, a my z Kajtkiem aż o godzinę spóźniliśmy się do spa.

7. NIE MA UBERA, A TAKSÓWKI SĄ STRASZNIE DROGIE

I w dodatku cena często zależy od kaprysu taksówkarza – z lotniska do naszej willi płaciliśmy zazwyczaj 35-45 euro, ale zdarzało się, że taksiarz zawołał 70 albo 80 euro!

Do tego wszystkiego doszedł jeszcze koszmarny właściciel naszego domu – ciągle robił nam problemy i z byle powodu groził prawnikami… To wszystko skumulowane razem na co dzień, na dłuższą metę, było już po prostu uciążliwe. Dlatego właśnie uważam, że Sycylia zdecydowanie NIE jest miejscem do codziennego życia (chyba że na starość, wtedy chętnie bym się zaszyła na jakimś pięknym sycylijskim zadupiu).

Oczywiście nie zrozumcie mnie źle, nie chcę zabrzmieć jak jakaś rozpieszczona gówniara. Ja nie należę do gatunku marud, które wszędzie szukają problemów, więc cieszyłam się z mieszkania w Palermo – zawsze to nowe doświadczenie, nowa przygoda (hej, nigdy nie mieszkałam za granicą!), możliwość sprawdzenia siebie w nowych warunkach, no i miałam przepiękną wielką kuchnię, za którą już tęsknię, i ogród dookoła domu, gdzie mogłam wyprowadzać Borsuka na spacer – jednak jeszcze bardziej cieszę się z tego, że już się stamtąd wyprowadziłam.

PS I na dodatek jedzenie na Sycylii jest takie sobie, totalnie bez szału, a na pewno o wiele gorsze niż we Włoszech kontynentalnych. A przecież dobre jedzonko to jedna z najważniejszych rzeczy na świecie, no halo!

Jeśli interesuje Cię temat Sycylii, zerknij jeszcze do tych wpisów:

  • Zgadzam się w 100%! Uwielbiam Sycylię, ale na chwilę. Fajnie, że napisałaś o jedzeniu. Mi też ( poza kilkoma wyjątkami ) nie smakuje – tyle tam cudownych warzyw, jest gorąco … a wszystko tłuste, panierowane, smażone … Mój niemąż się zawsze obraża, jak o tym mówię, bo rodowity “palermitano” i przecież się nie znam, a kuchnia na Sycylii najpyszniejsza ;)
    Do listy minusów dorzuciłabym jeszcze obleśnych “podrywaczy” mamroczących pod nosem i macających się po kroczu! Fuj

    • na szczęście na naszym zadupiu nie trafiłam na takich typów :D