RAZEM CZY OSOBNO?

Znamy miłość idealną – to ta w filmach i to nie tylko w komediach romantycznych, to ta w książkach. Podobno wszyscy takiej pragniemy. A co, gdy żaba uparcie nie chce zmienić się w księcia? A co, kiedy ta jedyna wciąż nie pojawia się na horyzoncie? Brać, co dają i trwać w takim związku przeciętnym bardzo czy jednak pozostać singlem?

Odpowiedź dają nam swoim przykładem znajome pary – jasne, że brać, co dają, babrać się w tym, zrywać i wracać, ignorować, nie kochać (bo jak można pokochać pierwszego z brzegu człowieka?), ale po prostu mieć kogoś, bo lepszy taki związek niż żaden. Znacie to, prawda? Czasem zapewne z własnego przykładu, choć tego nie przyznacie. Pewnie, ja też bym nie przyznała.

Smutne są te związki i smutni są Ci ludzie, którzy godzą się na pierwszą lepszą osobę, która wyrazi nimi zainteresowanie. Tak bardzo nie wierzą w siebie. Myślą, że to jedyne, na co ich stać, nic lepszego się nie trafi, nie im, bo oni przecież nie zasługują. Tak bardzo siebie nie znoszą, że nie potrafią być sami… Trochę też głupiutcy są tacy ludzie, bo marnują tak bardzo bardzo swój czas. A on nie wróci, nie cofnie się, zegar tyka coraz szybciej, cenne godziny sumujące się w tygodnie i miesiące, a czasem i lata, przeciekają im przez palce z człowiekiem, którego tak naprawdę nawet nie cenią, może nawet nie lubią, a jedynie tolerują. I żadnym nadużyciem nie będzie tu stwierdzenie, że osoby w takich związkach po prostu… marnują życie. Bo czym innym jest marnowanie czasu? Czas to życie.

Związki „na przeczekanie”, jak je sobie nazwę roboczo, są tak tyci, tak trochę jak… alkoholizm. Trochę. Wchodzisz w taką relację byle tylko nie być samemu, zaczynasz w niej trwać, niby tylko na chwilę, niby trochę, żeby przeczekać, i ona daje Ci poczucie bezpieczeństwa (bo samotność odegnana… teoretycznie) i nagle staje się twoją codziennością. A Ty tego nie zauważasz, nie uświadamiasz sobie. Albo druga opcja: kiedyś to było coś wspaniałego, wielka miłość może nawet, ale się wypaliło, gdzieś to zagubiliście, umarło śmiercią naturalną, a Wy tkwicie w tym razem z przyzwyczajenia… Nie myślisz o tym, że wcale nie kochasz tego człowieka, z którym spędzasz tyle czasu. Nie myślisz o tym, że wcale Ci na nim nie zależy. Nie masz tego w głowie ani w sercu. Czasem tylko z paniką pomyślisz o tym, co by było, gdyby tego kogoś zabrakło. Z paniką, bo wtedy zostaniesz przecież sam(a), a tego najbardziej w świecie nie chcesz… I błędne koło się zamyka.

To nie tylko smutne, to głupie. Pomyśl o swoich marzeniach, o tym, co chcesz w życiu robić, co chcesz osiągnąć. Pomyśl o tym, co lubisz robić lub co chcesz zacząć robić, pomyśl o wszystkich swoich pasjach, nawet tych potencjalnych. A potem pomyśl o tym, jak bardzo ta osoba, z którą jesteś w związku o dość letniej temperaturze, Ci w tym wszystkim przeszkadza. Jak „kradnie” twój czas, który przecież możesz poświęcić na to, co uwielbiasz robić. Czas, który możesz poświęcić na realizację swoich marzeń. I jeśli naprawdę chcesz przeżyć wielką miłość, spotkać kogoś wyjątkowego, to pomyśl o tym, że tkwiąc w związku, z pewnością nikogo takiego nie poznasz. Bo nikt nie będzie startował do zajętej osoby. Bo będąc w związku, dajesz innym ewentualnym kandydatom sygnał „nie jestem zainteresowana”. Ale przede wszystkim… Przede wszystkim tkwiąc w takim bezsensownym związku- pomyśl o tym, żeby zacząć się czuć dobrze ze sobą. Pomyśl o tym, żeby polubić siebie. Jak człowiek lubi siebie, to zmienia mu się światopogląd, zmieniają się priorytety… i wtedy żadne godzenie się na byle co, na byle jaką relację z byle jakim (czy nawet fajnym i bardzo w porządku, ale bez „tego czegoś”) człowiekiem nie wchodzi w grę. Naprawdę szkoda czasu na związek z kimś, przy kim nie masz w brzuszku motyli (nawet, jeśli jest super w łóżku!)!

[źródło tytułowego zdjęcia]

*

Podobało się? W takim razie polub mnie na fejsbuku i zaobserwuj na bloglovin, aby nie przegapić kolejnych wpisów!