CO MA WEGANIZM DO MIŁOŚCI I ZWIĄZKÓW?

czyli o tym, czy roślinożerca i wszystkożerca mogą żyć razem długo i szczęśliwie.

Jakiś czas temu na którejś z fejsbukowych grup o weganizmie (chyba była to Wegańska Grupa Wsparcia, ale nie jestem pewna) pojawiło się niewinne pytanie, coś w stylu (parafrazuję, bo nie jestem w stanie teraz tego znaleźć) „czy Wasi partnerzy również są weganami?”. Ilość odpowiedzi była przeogromna i, jak łatwo przewidzieć, bardzo zróżnicowana. Jedni z dumą ogłaszali, że owszem i to nie tylko ich partnerzy są roślinożercami, ale i cała rodzina włącznie z psem, inni wyrażali o ten fakt zazdrość, a jeszcze następni przyznawali, że ich partnerzy są wszystkożerni. To niewinne pytanie i niektóre z wielu odpowiedzi dały mi do myślenia na tyle, że postanowiłam napisać coś więcej na ten temat.

Zawsze mi się wydawało, że ludzie wiążą się z podobnymi sobie osobnikami, czy to świadomie czy podświadomie. Tak też wynikało z moich obserwacji bliższych i dalszych znajomych. Przy czym podobieństwo to niekoniecznie musi przejawiać się we wspólnych hobby i upodobaniach (choć i tu się bardzo często przejawia), ale w światopoglądzie już owszem. I tak jasnym jest, że moja przyjaciółka, która jest feministką, w dodatku z bardzo bardzo otwartym umysłem, związała się z chłopakiem, którego nikt nigdy w życiu by nie posądził o szowinizm i seksizm (tak przynajmniej sądzę, na tyle, na ile znam go osobiście i z opowieści S.). Wybór takiego a nie innego partnera z pewnością przypadkowy nie był. Wiadomo, że skoro takie wartości są dla S. ważne, nie chciałaby dzielić życia z kimś, kto ma je za nic. I z weganizmem czy nawet wegetarianizmem jest podobnie (chyba, że dla kogoś to tylko dieta, na którą przeszedł li i jedynie z powodów zdrowotnych, a względy etycznie nie mają tu nic do rzeczy – takich osób ten tekst nie dotyczy!). Również chodzi o wartości. Również chodzi o światopogląd.

Ja, mimo, że jeszcze rok temu wcinałam produkty odzwierzęce, aż mi się uszy trzęsły, dziś nie potrafiłabym być w związku z kimś, kto jest wszystkożerny. A z pewnością, gdyby JAKIMŚ CUDEM do tego doszło, to byłoby mi bardzo trudno. Ktoś może powie, że to oszołomstwo, że przesada. Że każdy ma prawo do własnych poglądów. Oczywiście, każdy ma prawo do własnych poglądów, ale każdy ma także prawo do wyboru partnera życiowego według własnych kryteriów. Ja – i podejrzewam, że wiele innych osób również – wybieram miedzy innymi pod względem wrażliwości. Co jest dziwnego czy oszołomskiego w tym, że nie chciałabym żyć z kimś, dla kogo moje poglądy i moje priorytety to zwykły kaprys czy coś niezrozumiałego? To chyba najnormalniejsze w świecie, że jeżeli uważam, że inne zwierzęta są równe ludziom i że mają takie sama prawo do życia, to chciałabym również, by moje zdanie podzielał mój partner? Tak samo jak szowinista z całą pewnością nie znajdzie wspólnej płaszczyzny życiowej i nie zwiąże się z feministką, tak samo trudno, by między wszystkożercą mającym zwierzęta w głębokim poważaniu i jedzącym je, bo przecież są takie smaczne (swoją drogą to argument tak głupi jak ten z krótką spódniczką prowokującą do gwałtu), a weganką wybuchło wielkie płomienne uczucie, zwłaszcza tak płomienne, by swój światopogląd schować do kieszeni.

Oczywiście, ja wiem, że są takie związki. Ba, wierzę, że takie osoby się wzajemnie kochają. Ale wydaje mi się, że to jest trochę oszukiwanie samego siebie. Niektórzy wręcz mówią, usprawiedliwiając jakby to, że związali się z osobą o totalnie innym podejściu do życia, że (tu dosłowny cytat z wspomnianego na samym początku wpisu wątku) „to tylko jedzenie”. Cóż, dla mnie, stety albo niestety, to nie tylko jedzenie. To czyjeś cierpienie, czyjeś życie w strachu i bólu, wreszcie czyjaś śmierć. I to nie śmierć jednego stworzenia, ale ogromnej ich liczby, cholernie dużej, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkożercę, który od mięsa, nabiału i jajek nie stroni i nie próbuje ich nawet ograniczać. Ja, jako osoba, która na coś tak okrutnego się nie godzi, nie mogłabym po prostu żyć sobie sielankowo z osobą, która – co tu dużo mówić – ma to gdzieś. Być może gdybym widziała szanse, że ten ktoś, ten wszystkożerny partner, jednak z czasem również przejdzie na weganizm, to rozważyłam opcję związku, ale jeśli byłby to typowy mięsożerca, który się wręcz szczyci tym, że je mięso i jeszcze używa obalonych już chyba tysiąc pięćset sto dziewięćset razy durnych argumentów pokroju „przecież ludzie od zawsze jedli mięso”, to z pewnością bym podziękowała za takie relacje. Nawet jeżeli taka osoba miałaby do zaoferowania naprawdę wiele (jakby jako rekompensatę za to, że je mięso), nie wierzę, bym mogła ją pokochać.

I tak na zakończenie Wam powiem… Co prawda oburzam się, gdy Jacek (który był weganinem zanim ja przeszłam na weganizm; gdy się poznaliśmy, byłam wegetarianką) mówi „jakbyś nie została weganką, to byśmy nie byli razem” (rzecz jasna, nie stawiał mi takiego ultimatum, dopiero po czasie gdy już weganką byłam, tak zaczął gadać), ale to raczej takie oburzone heheszki. Sama w końcu umówiłam się z nim dlatego, że (między innymi, oczywiście, to nie był jeden jedyny argument, hehe) był weganinem. W końcu ciągnie swój do swego.

*

To jest, oczywiście, JEDYNIE moje zdanie na ten temat. Bardzo chętnie poznam Wasze, zwłaszcza to z konkretnymi argumentami!