JAK BEZBOŻNICY OBCHODZĄ ŚWIĘTA?

Podczas gdy większość z Was zapewne ogarnia ostatnie przygotowania do kolacji wigilijnej albo i już zasiada przy stole, ja siedzę sobie pod ciepłą kołderką z laptopem, książką i potężnym zapasem mandarynek i prawie cały świat mam totalnie w nosie.

Gwoli wyjaśnienia, co by nie było żadnych niesnasek – ten bezbożnik w tytule odnosi się przede wszystkim do mnie, nie mówię za wszystkich nie-katoli i nie generalizuję!

DLACZEGO NIE OBCHODZĘ ŚWIĄT?

Pochodzę z rodziny bardzo nie-katolickiej. Tak serio, serio, a nie, jak to zazwyczaj bywa, że jesteśmy wpisani jako katole, ogarniamy chrzty i komunie, ale po prostu na co dzień nie chodzimy do kościoła. U nas w domu jedynie Rodzicielka jest wierząca, praktykuje i faktycznie żyje w zgodzie z zasadami swojego wyznania, protestantyzmu (czyli po prostu życie w zgodzie z Biblią, bez żadnych modyfikacji tego, co tam jest napisane, i wprowadzania dodatkowych “reguł”, jak to ma miejsce w katolicyzmie). Ponieważ więc nie jesteśmy katolikami, nie obchodzimy świąt. Nie ma i nigdy nie było u nas choinki (nad czym zawsze bardzo bolałam!), opłatka, wyczekiwania pierwszej gwiazdki i zasiadania do wspólnego stołu z dwunastoma świątecznymi potrawami.

ALE DOBRYM ŻARCIEM NIE POGARDZĘ!

Święta to w moim rodzinnym domu po prostu wolne dni, gdy najadamy się dobrymi rzeczami. Ponieważ jest wtedy wolne, to dobra okazja, by upichcić coś, na czego przygotowanie raczej nie ma czasu na co dzień i co na rodzinnym stole pojawia się raczej rzadko. W święta objadamy się więc pierogami, bigosem i gołąbkami. No i uszkami, choć te zawsze są kupne. Trochę wstyd przyznać, ale odkąd wyprowadziłam się od rodziców, to jedzenie zawsze było tym, co mnie tam na święta ściągało (Ojciec Biologiczny jest najlepszym kucharzem na świecie!). Oczywiście, tak było do czasu. W tym roku nie pojechałam, bo z racji przejścia na weganizm, obawiałam się, że nie będę miała już co zjeść. Tak że tym razem sama, nieco wcześniej, by przez święta móc odpoczywać, wzięłam się za wielkie pichcenie (o czym też na dniach wpis), i zostałam w domu z Jackiem. Może ktoś ma wątpliwości, czy to fair w stosunku do moich rodziców, że ich w tym roku na Boże Narodzenie nie odwiedziłam, więc szybko je rozwiewam – jak już mówiłam, moja rodzina nie obchodzi świąt, więc nie ma powodu, by rodzice się obrazili (chyba, że za to, że ogółem dawno u nich nie byłam).

DLACZEGO LUDZIE TAK WARIUJĄ NA PUNKCIE ŚWIĄT?!

Moim zdaniem, jeśli nie jest się naprawdę praktykującym katolikiem (czy jakie tam jeszcze inne wyznania obchodzą BN), to nie powinno się spinać na obchodzenie świąt. Ja wiem, że to się często robi dla rodziny, bo tradycja, bo babci będzie przykro itp., ale to słaby powód do konformizmu… Przecież rodzina powinna szanować indywidualne poglądy i decyzje każdego z członków, i akceptować bez dyskusji to, że w tym roku nie mamy ochoty na wielkie przedświąteczne porządki (bo Jezus przyjdzie i sprawdzi, czy umyłaś okna!!!), wbijanie się w niewygodne eleganckie ciuszki i pogawędki “co tam się w ciągu roku u Ciebie zmieniło?” z ciocią babci kuzyna Zdzisia. Przecież jak przechodzisz na wegetarianizm, to nie zjesz szynki, bo babcia zrobiła i jej będzie przykro. I tak samo, gdy nie czujesz potrzeby obchodzenia świąt – nie robisz tego wbrew sobie. Rozumiem jeszcze ludzi, którzy traktują święta jako fajną okazję do tego, żeby miło spędzić czas w rodzinnym gronie, na co w ciągu roku przecież nie ma wiele czasu, ale, cholera, po co to całe okołoświąteczne wariowanie i nerwówka – wypucowanie domu na błysk (co z tego, że po takim maratonie nie mamy już sił, żeby naprawdę cieszyć się bliskością rodzinki?), bieganie po całym domu i wrzeszczenie na wszystkich, że spóźnimy się do babci na wigilijną kolację czy robienie zapasów żarcia niczym na zombie apokalipsę?

WIGILIA I BOŻE NARODZENIE BEZ SPINY

Ja właśnie siedzę sobie pod ciepłą kołderką z laptopem (i książką czekającą, aż skończę wpis!) i potężnym zapasem mandarynek i pistacji i prawie cały świat mam totalnie w nosie. Koty sobie śpią przy moich nogach, Jacek szuka filmu na wieczór… I tak sobie ogółem odpoczywamy. I to jest właśnie nasz plan na te święta – porządnie wypocząć! Będziemy więc spać do oporu i cały dzień pół-siedzieć, pół-leżeć w łóżku, ogarniając internety, oglądając filmy i seriale albo czytając książki (bo w końcu jest czas, by poczytać w spokoju, hurra!). Z przerwami na żarcie (tego mamy pod dostatkiem, wystarczy podgrzać) i potrzeby fizjologiczne. Może w weekend odwiedzi nas moja rodzina, znaczy rodzice i rodzeństwo, ale to jeszcze nie jest do końca ustalone – nie wiadomo, czy będzie im się chciało (bo oni też się nie spinają, że ojojoj, jak święta, to koniecznie trzeba całą rodzinę obskoczyć, a odpoczniemy to sobie po śmierci). To są idealne święta bez spiny, polecam wypróbować.

NO HOLA, HOLA, A PREZENTY?!

Oczywiście, na prezenty to każda okazja (a nawet brak okazji!) dobra, więc tutaj robię mały wyjątek. Bo jestem łasa na podarki! Jak chyba każdy człowiek… Gdy byłam młodsza, to na Rodzicielce wymuszałam prezenty “na gwiazdkę” sprytną manipulacją, że inne dzieci dostają, to czemu ja mam być gorsza. Teraz to już by nie wyszło, więc prezenty kupuję sobie sama albo wymieniam się nimi z partnerem. W temacie prezentów też nie mamy spiny, to nie musi być w Wigilię czy Boże Narodzenie (ja nawet nie wiem, kiedy się te prezenty spod choinki wyjmuje) – nie ma paniki, jak poczta nie zdążyła dostarczyć. Tak zresztą się stało w przypadku prezentu Jacka – nie zdążyli dostarczyć, i nie ma płaczu i zgrzytania zębami. Mój prezent natomiast ma premierę w styczniu, więc też grzecznie poczekam.

*

No i w sumie tyle z mojej strony. Wydaje mi się, że święta BN to ciekawy temat do dyskusji – obchodzić czy nie? Poświęcać się dla rodziny? A jeśli tak, to w jakich granicach? A może całkiem zluzować poślady, zamówić żarcie na wynos i mieć wszystko gdzieś? Ciekawa jestem waszych opinii i również tego, jak sami spędzacie święta i czy to Wam na 100% odpowiada. Tak że komentujcie śmiało!