JAK ZDOBYŁAM PRACĘ MOICH MARZEŃ?

Jak zdobyć wymarzoną pracę?

Czy można zacząć zarabiać na swojej pasji bez doświadczenia i odpowiedniego wykształcenia? A pewnie, że można! Przeczytaj, jak ja to zrobiłam i… jak niewiele czasu mi to zajęło.

Siedzę sobie w cieplutkim domu (no chyba, że nikomu nie chce się napalić w kominku, wtedy wcale nie jest tak cieplutko) albo w ulubionej, pobliskiej kawiarni i ścigając się z czasem stukam w klawisze. Popijam przy tym pyszną herbatę lub kawę, od czasu do czasu wyjdę na papierosa. A czasem ni z tego, ni z owego po prostu nagle w środku dnia ucinam sobie drzemkę (nigdy nie wychodzi z tego planowana półgodzinna drzemka, zawsze kończy się kilkugodzinnym mocnym snem!). Czasami robię sobie wolne w środku tygodnia, innym razem cały dzień się obijam, a potem odpracowuję w nocy albo w weekend.

Piszę głównie o podróżach, czy raczej o ciekawych celach podróży, nieustannie dodając zresztą przez to kolejne miejsca do mojej listy “muszę tam pojechać!”.  Uwielbiam moją pracę. Uwielbiam zarabiać na tym, co lubię najbardziej na świecie. I wiecie co? Pluję sobie w brodę, że nie zawsze tak było. Pluję sobie w  brodę, że miałam odwagę sięgnąć po to, o czym marzyłam, dopiero w wieku 25 lat. 6 lat w plecy, cholera!

3 LATA JAKO PANI “PRZYNIEŚ, PODAJ, POZAMIATAJ”

Jeszcze do niedawna pracowałam na umowę-zlecenie w skarbówce. Znajomi mówili “ale fajnie, ciepła posadka”. Bullshit. Posadka wcale nie była taka ciepła (no umowa-zlecenie w końcu, heloooł!), praca była nudna i odmóżdżająca, a i atmosferze wiele brakowało do sielanki. Przesiedziałam w tym cholernym urzędzie 3 lata. A miało to być tylko na chwilę, tylko tymczasowo… Gdy spotykałam się z dawno niewidzianymi znajomymi, na pytanie, gdzie pracuję, czym się zajmuję zawodowo, odpowiadałam z ogromnym wstydem, że ciągle robię w urzędzie… Jednocześnie planowałam sobie swoją karierę zawodową, której warunkiem zawsze było ukończenie jakiejś szkoły, kursu czy choćby zdanie egzaminu, do którego trzeba się samemu przygotować. To było takie bezpiecznie, bo nie wymagało ode mnie żadnych gwałtownych zmian tu i teraz. Myślałam sobie więc, zupełnie na poważnie, że będę prywatnym detektywem, informatykiem albo panią menadżerką od zarządzania projektami. Wiedziałam, że moja przyszła praca musi polegać na czymś, co lubię. I te zawody mnie pociągały, bo myślałam sobie, że to na pewno spoko praca. Ale co najzabawniejsze, nigdy nie wpadłam na to, że mogłabym żyć z pisania, choć to właśnie pisać uwielbiałam od zawsze (no dobra, wpadło mi to do głowy raz, ale pomyślałam “no nieee, bez studiów to mnie nigdzie nie zechcą, więc nie ma co próbować”). Siedziałam więc w tym urzędzie (wcześniej pracowałam jako pracownik produkcji w różnych zakładach)… W międzyczasie zdołałam obronić licencjat z zarządzania zasobami ludzkimi, który to kierunek studiowałam zaocznie. Jak już się obroniłam, zaczęłam – ciągle pracując w urzędzie – szukać pracy zgodnej z moim wykształceniem i byłam wielce zdziwiona, że nie ma pracy dla ludzi bez doświadczenia (poważnie, byłam mega zdziwiona i wręcz obudzona)! Ponieważ na ostatnim semestrze miałam zarządzanie projektami, które strasznie mi się spodobało, postanowiłam kontynuować studia. Wybrałam zaoczne magisterskie z podyplomówką – 2 specjalizacje i “mgr” przed nazwiskiem w dwa lata. Po pierwszym roku chciałam rzucić te studia, bo czułam, że nic mi nie dają i że to jednak nie moja bajka. W końcu to zrobiłam. I dalej siedziałam w tym cholernym urzędzie…

AŻ W KOŃCU POWIEDZIAŁAM “BASTA!”

I pewnego dnia wpadłam na wpis Asi, której zresztą jestem dziś mega wdzięczna, o tym, jak dorobić na pisaniu i zostać copywriterem. Ten wpis dał mi solidnego motywacyjnego kopniaka. Pomyślałam sobie “cholera, przecież ja jestem w tym dobra, tym właśnie mogę się zająć!”. Poza tym od zawsze chciałam być swoim własnym szefem, więc freelance wydał mi się świetną opcją. Postanowiłam poczekać do końca umowy w urzędzie, bo akurat zostały mi 2 tygodnie, a na PIT-ach hajs był naprawdę niezły, i potem ruszyć z kopyta z pisaniem. Nie wytrzymałam tych dwóch tygodni. Miałam już tej pracy i ciężkiej, nerwowej atmosfery w niej, tak bardzo dość, że co rano bolał mnie brzuch, miałam nudności i biegunki. Powiedziałam sobie “koniec tego!” i zrezygnowałam, przysięgając sobie solennie, że już nigdy tam nie wrócę. No i zaczęłam szukać zleceń jako copywriter. Oczywiście, nie było do razu happy endu. Ale z moiej winy, bo… trochę oszukiwałam. Szłam na łatwiznę. Wcale nie wzięłam się za to na poważnie, więc zarabiałam jakieś marne pieniądze, miałam mało zleceń, w dodatku strasznie kiepsko płatnych, no i zwyczajnie nieciekawych… Miałam pisać o technologiach użytkowych, o Bydgoszczy (autentyk, dostałam jedno zlecenie, którego brief brzmiał “coś o Bydgoszczy”) i o higienie osobistej. Blech. No, ale że lepszy cyc niż nic, to to robiłam.

I WRESZCIE JESTEM TU, GDZIE POWINNAM BYĆ

Oczywiście, długo tak nie pociągnęłam. To nie było to. Nie tym chciałam się zajmować! Wzięłam więc kartkę i napisałam sobie tysiąc pięćset sposobów na to, żeby zdobyć więcej zleceń, lepiej płatnych, ciekawszych. Zrobiłam swoją stronę z ofertą, zaczęłam pisać copywriterskiego bloga, zaczęłam ogłaszać się wszędzie, gdzie się da, spięłam swoje portfolio z najciekawszymi tekstami (nie tylko tymi dla klientów, ale i tymi, które pisałam np. tutaj) i zaczęłam rozsyłać je hurtowo do agencji i różnych portali, z informacją, że jestem copywriterką, szukam pracy, a mój cennik wygląda tak i tak. Po trochu, po trochu zaczęli się odzywać klienci. Jedni odpadli (bo za drogo), z innych ja zrezygnowałam (bo za tanio, bo nieciekawie), część została i podjęliśmy współpracę. Moje teksty się spodobały, klienci zostali na dłużej. W efekcie mam obecnie tak dużo zleceń (i to fajnych!), w dodatku tak spoko płatnych, że wzięłam sobie osobę do pomocy (nie przy pisaniu, bo to mój konik, ale przy robieniu researchu do tekstów). No i już wiem na 100%, że wraz z początkiem nowego roku otwieram swoją działalność gospodarczą, bo ileż można robić na umowach o dzieło?! I co najlepsze – tak naprawdę to dojście od niczego, od zera klientów, do etapu obecnego, zajęło mi tak naprawdę około dwóch miesięcy. Oczywiście, pod uwagę biorę jedynie ten czas, gdy faktycznie cisnęłam na maxa, żeby znaleźć klientów.

WEŹ ZE MNIE PRZYKŁAD!

A po co ja o tym wszystkim piszę? Nie dlatego, że chcę się pochwalić (no dobra, trochę też, ale cichutko, udawajmy, że wcale nie!). Tylko dlatego, żeby tego solidnego, motywacyjnego kopniaka przekazać dalej. Misie-pysie z chujową pracą, której tak nienawidzicie, że czasem aż chce wam się płakać, wiem, że tu jesteście i to czytacie. Nie dajcie się! Skoro udało się mnie, uda się i wam. Szkoda marnować życie na pracę, która was tylko unieszczęśliwia. W końcu w robocie spędza się PRZYNAJMNIEJ pół dnia. Dacie radę to zmienić, jeśli bardzo chcecie, jeśli wychylicie nos poza swoją strefę komfortu. Tylko ciśnijcie, ile sił, żeby to się udało! Nic samo do was za darmo nie przyjdzie, niestety, musicie na to zapracować, sami to wywalczyć dla siebie. Ale uwierzcie, że będzie warto. Uwierzcie, że cudownie jest mieć fajną pracę, która tak człowieka pochłania, że aż nawet… szkoda mu czasu na jedzenie.  Wspaniałe móc zarabiać na tym, co się uwielbia robić. Mi się udało, uda się i wam. Wiem, że macie sekretny plan podbicia świata. Nie odkładajcie go na potem, bo nawet jeśli w końcu się za niego weźmiecie, to tak jak ja, będzie pluć sobie w brodę, że nie zrobiliście tego wcześniej. Trzymam kciuki!

*

Podobało się? W takim razie polub mnie na fejsbuku i zaobserwuj na bloglovin, aby nie przegapić kolejnych wpisów!

  • Cholernie inspirujesz. Ja właśnie staram się z etatu przejść na swoje. Mam nadzieję, ze się uda, choć tak naprawdę błądzę jak we mgle, jednak takie osoby jak Ty niezmiennie motywują :)

    • Miło mi to czytać :) Nie poddawaj się i działaj, trzymam kciuki!

  • Spe Ak

    Bardzo Ci dziękuję za ten wpis! Baardzo!

  • Może i ja będę miała kiedyś swoje ja! Odwaga nie jest moją mocną stroną, ale chyba warto walczyć o marzenia. Nie wyobrażam sobie chodzić do pracy tylko po to aby zarabiać pieniądze. Przecież życie nie na tym polega by tracić czas w pracy której nie lubię, ale muszę być. Cały czas staram się przełamać strach i nieśmiałość. Zazdroszczę że Tobie się udało i życzę dalszych sukcesów. Pozdrawiam ;)

  • Może kiedyś też się w końcu na to odważę. Na razie to moje ciche marzenie. Niemniej jednak, cieszę się, że opublikowałaś taki zdecydowany i motywujący tekst – daje do myślenia.

  • To wielkie szczęście móc robić to, co się lubi. Ja uwielbiam swoją pracę na etacie i uwielbiam logowanie. Lepiej być nie może ;)

  • Pingback: DLACZEGO CHCĘ ZARABIAĆ NA BLOGU + JAK TO ROBIĘ - Króliczek Doświadczalny()

  • Pingback: Teksty o COPYWRITINGU, które warto przeczytać, jeśli się nim jarasz. - Typewriterka()

  • Pingback: Teksty o COPYWRITINGU, które warto przeczytać, jeśli się nim jarasz. – Typewriterka()

  • Pingback: You’re not your fucking job, czyli czy lubisz swoją pracę? |()

  • teraz ja dostałam kopniaka w dupkę :)

  • Brzmi jak bajka:/

    • To ciężka praca, więc nie do końca jest tak bajecznie, ale nie narzekam ;) Zresztą co do bajki… Chyba o to w życiu chodzi, żeby się starać, aby wyglądało ono bardziej jak bajka niż jak koszmar :P

  • Pingback: CZEGO UCZY FREELANCE? | M O R T Y C J A()

  • Dziękuje Ci za ten tekst. Siedze i płacze i pytam samą siebie – to naprawde możliwe? Ja też?

  • Mavis

    Piękna historia! Gratuluję! Dzięki za podzielenie się i motywację :)

  • Mogę sobie jednego brzydkiego słowa użyć? Max dwóch? No kurwa mać! Ja po raz kolejny straciłam przechujową robotę, bo nie potrafię pracować na etacie, ja muszę mieć swoje warunki, poza tym dodając moje ChAD nie tak łatwo jest utrzymac nudną, stałą pracę. O freelancingu myślałam już od jakiegoś czasu, w połowie zeszłego roku nawet pod wpływem posta Króliczka coś zaczęłam dłubać przy własnej stronie, na portalach ze zleceniami itd. I co? I trąba, olałam to, bo pomyślałam, że ja mogę nie dać rady pisać o chorobach wenerycznych kotów i amortyzatorach w samochodzie. I ja to zrobię teraz, ja to muszę zrobić już teraz! Post będę czytać codziennie, CODZIENNIE.

    • Do it, bejbe! Trzymam kciuki! ;)

  • Historia mojego życia haha :) dziękuję za motywację, w weekend zaczynam planować podbijanie świata ! :*

  • aniaaa

    hej, bardzo dobry tekst – i jakby idealnie skierowany do mnie :) Proszę napisz, czy miałaś kiedyś sytuacje, żeby ktoś Ci nie zapłacił za Twoją pracę? Gdzie najlepiej wysyłać swoje portfolio ? pozdrawiam, Ania

  • Super! Gratuluję odwagi i samozaparcia:) Biorę sobie Twój przykład do serca.

  • Świetny post! Pozytywny kopniak do działania w tym co sięlub :) Pozdrawiam PS Gratuluję odwagi w zmianie pracy i wytrwałości w poszukiwaniu zleceń

  • A ja uważam, że powinnaś się tym chwalić! :) Pomyśl ile osób by chciało być na Twoim miejscu! A jeśli chodzi o motywację, to owszem, Twój wpis też motywuje! :)

  • tego właśnie było mi trzeba! kopa na rozpęd. szukam bezskutecznie pracy od jakiegoś czasu i marzy mi się zarabianie z pisania ;)

  • mam nadzieję wynieść coś z tego wpisu, nie tylko mgliste wspomnienie…dzięki :)

  • U mnie podobnie – mogę dzisiaj sprawdzić last minute w jakieś ciepłe kraje i po prostu jutro wybyć na tydzień – szef mnie nie zwolni, nikt nie będzie patrzył krzywo. Czasem jednak można się zagalopować – uważaj, żeby nie stracić równowagi między pracą, a życiem prywatnym.

  • Skąd ja to znam… już 5 lat w adm. publicznej, odmóżdżam się totalnie ale w końcu uderzyłam pięścią w stół.
    Polecam każdemu rozwiązanie autorki :)

  • Twój wpis też działa motywująco ;) Ja póki co staram się pracować na etacie i łapać dodatkowe zlecenia, ale w przyszłości – kto wie ;)

  • Ta historia jest genialna! :) Gratulacje!!! Od kiedy sama zaczęłam pisać bloga, odkryłam tak dużo ciekawych stron, że “aż mi się chce płakać, że doby nie starczy, żeby je chociaż przejrzeć”… Dodaję Cię do zakładek i “szukam czasu” :)

  • Duża dawka motywacji :D Też bym nie potrafiła robić, czegoś co mnie nie satysfakcjonuje.

  • Chciałabym bardzo wziąć z Ciebie przykład… niestety w przypadku mojego zawodu muszę czekać na nieszczęsny dyplom. Ale później nie ma zmiłuj! ;)

  • u mnie, na razie pomału, też coś idzie w tą stronę. skoro umiem odpowiednie dać rzeczy słowo, to trzeba na tym też zarobić ;)

  • Brawo! Gratuluję odwagi i determinacji. Ja już coraz bardziej dojrzewam do tej decyzji i robię wszystko, co w mojej mocy, by móc to jak najszybciej zrealizować. Nie cierpię pracy na etacie! Niesamowite jak wiele osób tego nie znosi. I jak wielu nie rozumie, że to wcale nie znaczy, że się jest leniem i nie lubi się pracy samej w sobie. Powodzenia z nową działalnością :)

  • Dokładnie! Trzeba działać, bo bez tego nie da rady. Dalszego powodzenia życzę.

  • podoba mi się ;) bardzo motywujące! :) przyznam szczerze, że po obronie licencjatu też chcę się zabrać za swoje (choć nie jest to copywriter :P ) coś czuję, że będę wpadać częściej :)

  • Marta

    Fajny tekst. Trafił do mnie – tłumaczki, korektorki bez zleceń, bez
    stałej pracy, z marzeniem, lecz bez energii, aby to zmienić… Dzięki!

    • Skoro trafił, to ruszaj z kopyta, dziewczyno! :)

      • Marta

        :-) Tak jest!!

  • Basia Wiśniewska

    Ja dopiero kończę szkołę średnią, ale wiem jedno – chcę pracować w takiej pracy, którą będę lubić. :) I mam nadzieję, że mi się to uda.

    [linki wywalam, bo spamowanie to brzydka przypadłość – M.]

    • No to życzę Ci tego, żebyś się nie poddała i nie podjęła pracy, której nie będziesz lubić, bo tak wygodniej, bo taka praca jest od ręki. W moim przypadku tak właśnie było i nie polecam!

  • Wow, fantastyczna historia! Jestem z Ciebie dumna :)

  • Kasia :)

    Tekst jak najbardziej przeczytałam w samą porę. Właśnie zrezygnowałam z pracy, bo sama myśl o pójściu do niej objawiała się jak u ciebie – bólem brzucha i nudnościami. Chyba tak nie powinna wyglądać praca marzeń :) Teraz czas wziąć przyspieszony kurs szukania pomysłu na siebie i działać. Dzięki za motywację :)
    I gratuluję !!!

    • no to trzymam kciuki mocno! :)

  • Jako człowiek, który też ma pracę marzeń, przybijam wirtualną piątkę!