FREELANCE: JAK SIĘ OGARNĄĆ?

Kiedy marzyłam o pracy zdalnej, myślałam, że to będzie proste jak bułka z masłem – wstać rano, wziąć się do pracy i pracować te 8 godzin albo ogarnąć wszystkie zaplanowane zadania. Kiedy podejmowałam decyzję o tym, że pora zacząć pracę na własny rachunek, wierzyłam, że w kilka dni przestawię na tryb dobrej samodzielnej organizacji pracy i porządnej samodyscypliny. Och, jakże się myliłam! Przed kilkoma dniami minął miesiąc, od kiedy staram się ogarnąć i mogę powiedzieć tylko jedno – jestem jednym wielkim chodzącym chaosem!

Są, oczywiście, dni, kiedy wstaję rano, myję zęby, ubieram się, zaparzam sobie kawę i faktycznie siadam od razu do pracy (inna sprawa, że co i rusz coś mi tę pracę przerywa, coś mnie rozprasza, i w efekcie bardzo się ona rozciąga w czasie). Są jednak też i takie, kiedy albo nie potrafię się zwlec z łóżka albo włącza mi się tryb “prokrastynacja” i nagle okazuje się, że dom taki nieposprzątany, włosy takie nieumyte, obiad taki nieugotowany, wow, i wszystko zdaje się być ważniejsze od pracy. No, chyba, że deadline – wtedy nie jem i nie śpię, tylko pracuję. Seriously. Ale na dłuższą metę ustawianie sobie deadlinów bez zapasu czasu to niezbyt mądry pomysł…

Wiem, że trochę mi to jeszcze czasu zajmie, zanim będę 100% ogarnięta w efektywnej organizacji swojego czasu pracy i 100% zdyscyplinowana, ale… kiedyś to nastąpi! Na razie mam plan, jak to zrobić. Planem swoim dzielę się poniżej, licząc, że

a. komuś innemu on też pomoże 

b. ktoś bardziej ogarnięty da mi jeszcze jakieś dodatkowe wskazówki

NAJWAŻNIEJSZE TO MIEĆ PLAN!

Polecam usiąść na spokojnie wieczorem z terminarzem i zaplanować sobie dzień następny. Nawet jeśli nie ustalamy kolejności działań, to i tak warto wywalić z głowy wszystko, co mamy do zrobienia (nie tylko rzeczy związane z pracą), żeby po prostu zasiadając do pracy nie obijało nam się to wszystko o wnętrze czaszki (na pewno znacie to uczucie, gdy wiecie, że musicie się skupić na pracy, a po głowie chodzi wam cały czas, żeby koniecznie po pracy kupić worki na śmieci). Dobrze też wyznaczyć sobie priorytety (np. zawsze niech to będą max 3 punkty), czyli czynności, którymi bezwzględnie trzeba się zająć, bo jak nie, to umrzemy! 

Wiem, że niektórzy robią sobie dopiero rano plan dnia, ale dla mnie jest to strata czasu i odwlekanie najważniejszego. Fajnie rano móc jak najszybciej zasiąść do pracy, otworzyć planer, ogarnąć, jakie obowiązki czekają i… po prostu się za nie wziąć!

REGULARNE WCZESNE WSTAWANIE, ZERO DRZEMEK!

Od dawien dawna staram się rozciągnąć swoją dobę, więc mimo że bardzo lubię spać, staram się wstać jak najwcześniej, żeby mój dzień był jak najdłuższy i żebym jak najwięcej zdążyła zrobić – żeby był i czas na pracę i na życie prywatne. Podejrzewam, że większość osób, dla których życie to coś więcej niż tylko pobudka-praca-dom-sen, tak ma, więc polecam wypracować sobie nawyk porannego wstawanie o stałej porze. To da się zrobić, trzeba tylko odrobiny samozaparcia (głęboko w to wierzę)!

Dobry sposób na szybkie zerwanie się z łóżka to zrezygnowanie z opcji drzemek, które tylko nas rozleniwiają. Wiem, że to ciężkie, bo sama jestem fanką tej opcji i bywa, że przestawiam ją co 5 minut przez 2 godziny, ale… da się zrobić, seriously! Ja staram się robić to w ten sposób, że ustawiam budzik w telefonie na maksymalną głośność i zostawiam go na noc gdzieś bardzo daleko od łóżka, a że Jacek się wścieka rano z powodu mojego dzwonka na budziku (tak naprawdę podejrzewam, że wścieka się z powodu samego budzika niezależnie od tego, jaki dźwięk on wydaje, ale cichutko, żeby nie było, że go przejrzałam!) to szybkie wyskoczenie z łóżka już mnie rozbudza (choć czasem i tak potem wracam do łóżka, ale udawajcie, że nie wiecie). Mam też szalony plan, by rozpoczynać dzień od tańca – chcę sobie ustawić na dzwonku taką piosenkę, przy której nie jestem w stanie się powstrzymać od tańca (podejrzewam, że będzie to „let’s twist again” – nie wierzę, by ktokolwiek był w stanie się powstrzymać od tańca, słysząc tę piosenkę!) – wtedy jak ją rano usłyszę, to wyskoczę z łóżka, zacznę wywijać po całym pokoju i już! Pobudka odhaczona!

OGARNIĘTE MIEJSCE PRACY

Nawet jeśli lubię swoją pracę, to i tak zawsze znajdę wymówkę, by ją odwlec. Sprzątanie wydaje się znakomitym pretekstem. Poza tym nie potrafię się skupić, kiedy w moim najbliższym otoczeniu jest maksymalny syf, a że jestem chujową panią domu, to… cóż, często ten syf jest. Wiem, że bałagan skutecznie potrafi zdekoncentrować nie tylko mnie, więc polecam po prostu wieczorem ogarniać otoczenie, w którym się pracuje, by rano mieć porządek i zero wymówek do przesuwania obowiązków zawodowych w nieskończoność. Zresztą… nie wiem, jak wam, ale mi przy ogarniętym stole (nie dorobiłam się biurka, smuteczek), na którym leży jedynie laptop, rozłożony planer i zestaw długopisów, aż chce się pracować!

PODZIAŁ PRACY I PRZERWY

Dobrze sobie podzielić pracę na segmenty oddzielone krótką przerwą – na drugie śniadanie, kawę czy nawet zerknięcie na fejsa. U mnie pierwsza przerwa wypada po godzinie pracy – przez tę godzinę pracuję maksymalnie produktywnie, bo motywuje mnie wizja przerwy i… śniadania, które dopiero wtedy zjadam. Kolejne przerwy wypadają mi co 2 godziny. Podejrzewam, że trzeba sobie tutaj wypracować swój własny system – u każdego inny podział czasowy się pewnie sprawdzi. Ważne tylko, żeby te przerwy w ogóle były (to ważne dla organizmu, żeby trochę odsapnął w trakcie pracy, wtedy pracuje się produktywniej niż tak bez przerwy) i jednocześnie żeby się nie rozciągały w nieskończoność.

WYZNACZONE GODZINY PRACY

Pewnie tutaj też u każdego będzie inaczej – jeden popracuje trochę rano, trochę wieczorem i to mu będzie odpowiadało, inny będzie wolał od razu zrobić wszystko i mieć wolne. Dobrze wyczuć siebie w tej kwestii i na tej podstawie wyznaczyć sobie stałe godziny pracy – ja np. staram się zaczynać około 8 i kończyć o 14-16 (ten czas końca pracy jest bardzo elastyczny, bo pracuję przecież zadaniowo, nie mam płacone za godzinę, no i finalnie różnie to wychodzi – zależy po prostu, ile danego dnia mam pracy i jak ją sobie zorganizuję). 

DAĆ SOBIE CZAS

Niestety, trzeba pogodzić się z tym, że przestawienie się z pracy na etat na freelance nie jest takie super proste i szybkie. Trzeba dać sobie czas, by się zaadaptować do nowej sytuacji. Najgorsze, co można sobie zrobić w takim wypadku, to frustrować się dzień w dzień, że znów nie udało się być perfekcyjnie zorganizowanym, że znów na coś tam się zmarnowało trochę czasu itp. Znacznie lepiej wyciągnąć pod koniec dnia wnioski – co można było zrobić lepiej, sprawniej, jak można było inaczej ustawić kolejność zadań, by zrobić więcej, a co można było zupełnie pominąć, bo zajęło za dużo czasu, a niewiele wniosło? – i z dniem kolejnym usiłować wcielić je w życie. Nerwy i frustracja nic nam nie dadzą, a jedynie zepsują dzień i… mogą być prostą drogą do załamania nerwowego.